Nie tak dziesiątą kolejkę 2. ligi wyobrażali sobie kibice Łódzkiego Klubu Sportowego i PGE GKS Bełchatów. Obie ekipy na własnych stadionach podejmowały znacznie niżej notowane drużyny, obie prowadziły 1:0 i obie przegrały 1:2. Dla łodzian wpadka była wyjątkowo spektakularna, gdyż dzięki transmisji telewizyjnej mogła oglądać ją cała Polska. Sympatycy futbolu, którzy po raz pierwszy w tym sezonie oglądali poczynania zespołu z al. Unii z pewnością zadawali sobie pytanie, w jaki sposób drużyna popełniająca juniorskie błędy w obronie zdołała w poprzednich meczach uniknąć porażki?
Spotkanie ŁKS z Olimpią Elbląg pod kilkoma względami różniło się od sześciu wcześniejszych rozegranych w Łodzi. Przede wszystkim zakończyło się porażką łódzkiego beniaminka. To jednak nie wszystko. W poprzednich starciach przy al. Unii do przerwy nie padła żadna bramka. Tym razem już w pierwszej połowie (41. minuta) na listę strzelców wpisał się niezawodny Jewhen Radionow, który w tym sezonie zdobył już siedem goli. Duży udział przy bramce miał Przemysław Kocot, który odebrał piłkę środkowemu obrońcy Olimpii i zagrał ją do Ukraińca, który pewnym uderzeniem pokonał bramkarza gości. W drugiej połowie łodzianie mogli podwyższyć prowadzenie, jednak byli nieskuteczni. Przyjezdni długo nie potrafili przeprowadzić składnej akcji, lecz piłkarze ŁKS nie byliby sobą, gdyby nie podali rywalom pomocnej dłoni. W 76. minucie Mateusz Szmydt bez opieki wbiegł w pole karne i po zagraniu piętą Antona Kołosowa nie miał problemu z doprowadzeniem do remisu. W tym meczu nie tylko rezerwowi Olimpii mieli jednak wkład w zwycięstwo. Swoją cegiełkę dołożyli również zmiennicy gospodarzy. Strata piłki przez Piotra Pyrdoła zapoczątkowała akcję, po której Kołosow w 85. minucie ustalił wynik spotkania. - Po raz kolejny w tych rozgrywkach prowadzimy 1:0, a później tracimy bramki. Przy drugiej na pewno powinienem zachować się lepiej i nie pozwolić, by piłka wpadła w krótki róg - powiedział po spotkaniu bramkarz ŁKS Michał Kołba. Gospodarze mieliby nieco lepsze humory, gdyby w doliczonym czasie gry doskonałą sytuację do wyrównania wykorzystał Mateusz Gamrot, który jednak nie trafił w bramkę.
Na pomeczowej konferencji Jacek Janowski ze sztabu szkoleniowego ŁKS powiedział m.in., że po objęciu prowadzenia łodzianie niepotrzebnie ruszyli do przodu, poszli na wymianę ciosów i nie skracali pola gry. To jednak z ławki poszedł sygnał do ofensywnej gry. Trudno bowiem inaczej odczytać zastąpienie Kocota ofensywnie grającym Gamrotem. Inna sprawa, że z dwójki defensywnych pomocników Kocot prezentował się znacznie lepiej od Tomasza Margola, który na boisku dotrwał do końcowego gwizdka sędziego. Zaskakujących roszad personalnych było jednak znacznie więcej. Po meczu mówił o nich m.in. Jacek Ziober, który był jednym z telewizyjnych komentatorów tego spotkania.
- ŁKS grał z zespołem, który miał ostatnio problemy ze zdobywaniem punktów. Mimo to gospodarze wyszli na mecz z sześcioma defensywnymi zawodnikami. Nie wiem, skąd wzięła się ta bojaźń. W pierwszej połowie Olimpia zaprezentowała się żenująco. Miała problemy z wyjściem z własnej połowy i nie stworzyła żadnej sytuacji bramkowej. Po strzeleniu gola przed przerwą trzeba więc było poprawić drugim po zmianie stron i byłoby po meczu. ŁKS nie poszedł jednak za ciosem. W postawie gospodarzy nie zauważyłem determinacji, która pchałaby ich do walki, do pokazania przeciwnikowi, kto rządzi na tym boisku. Po godzinie gry łodzianie wyglądali tak, jakby nie mieli już sił na kontynuowanie gry. Pod względem wolicjonalnym ten zespół prezentował się źle. Trener Olimpii perfekcyjnie wykorzystał błędy w ustawieniu łódzkiej drużyny. Obrońcy i pomocnicy byli od siebie oddaleni o ok. 30 metrów, więc szkoleniowiec z Elbląga przesunął do przodu trzech zawodników. Jednym z nich był doświadczony Kołosow, który mimo nadwagi ośmieszył defensywę ŁKS - powiedział Ziober.
Fatalnie zaprezentowali się również piłkarze PGE GKS, którzy już po raz czwarty w tym sezonie zeszli z boiska bez punktów. Po raz pierwszy doznali jednak porażki na własnym stadionie. Zrobili to w sposób bardzo podobny do ŁKS. W 30. minucie objęli prowadzenie po golu strzelonym przez Piotra Giela, który z siedmioma trafieniami na koncie jest współliderem klasyfikacji strzelców. W Bełchatowie na wyrównanie nie trzeba było jednak czekać do końcówki meczu. Tutaj goście odrobili straty już przed przerwą. W 42. minucie bramkarza PGE GKS pokonał Dawid Bober. Pięć minut po zmianie stron ten sam zawodnik po raz drugi wpisał się na listę strzelców i pierwsza porażka bełchatowian przed własną publicznością stała się faktem. PGE GKS w czterech kolejnych spotkaniach zdobył zaledwie dwa punkty, co z pewnością nie jest wynikiem zadowalającym osoby związane z bełchatowskim klubem.
- Ta porażka na pewno boli. W drugim meczu u siebie prowadzimy, ale nie wygrywamy. Jest więc co poprawiać. Wiedzieliśmy, że stałe fragmenty gry będą groźnym elementem ze strony rywala, jednak nie spodziewaliśmy się, że staną się kluczowe w tym meczu. Niestety, ROW dwa z nich wykorzystał i wygrał. Początek nie wskazywał, że tak się to skończy. W pierwszym kwadransie mieliśmy trzy dobre sytuacje. Później strzeliliśmy gola, jednak w ostatecznym rozrachunku nic nam to nie dało. Tej ligi nie przebiegnie się ot tak. Wierzę jednak, że po tym tygodniu pojedziemy do Elbląga pewni siebie i wrócimy na właściwy tor - powiedział po meczu trener PGE GKS Mariusz Pawlak.
W tabeli 2. ligi ŁKS nadal jest na miejscu czwartym, a PGE GKS na piątym. Powiększyła się jednak strata do czołowej trójki, która w dziesiątej kolejce punktowała. Nowym liderem została Warta Poznań, ale 24 punkty zgromadził również Radomiak Radom. Trzy oczka mniej ma GKS 1962 Jastrzębie. Łodzianie do trzeciego miejsca tracą cztery punkty, a bełchatowianie - siedem. W następnej kolejce obie ekipy z naszego regionu rozpoczną swoje mecze 30 września o godz. 16. ŁKS zmierzy się w Poznaniu z Wartą, a PGE GKS zagra w Elblągu z Olimpią. Ta ostatnia po zwycięstwie w Łodzi ma 12 pkt. i jest na jedenastym miejscu w tabeli. Pozycję niżej plasuje się ROW (11 pkt.).
Foto: gksbelchatow.com













